historia

Przypadek? … nie sądzę

Wielu ludzi uważa, że równie wiele rzeczy dzieje się przypadkiem. Hmmmm… no cóż, ja nie wierzę w przypadki. Wierzę za to, że odpowiedni ludzie pojawiają się w naszym życiu dokładnie wtedy, kiedy mają się pojawić i kiedy są nam niezbędni, abyśmy mogli pewne rzeczy zrozumieć, a innym razem żeby dać nam impuls do działania.
Pozwólcie, że opowiem Wam moją historię…
Moja historia zaczęła się ponad 30 lat temu… Był rok 1987, chodziłam do drugiej klasy szkoły podstawowej. Mieszkaliśmy na wsi, więc drogę do i ze szkoły trzeba było pokonać autobusem. Feralnego dnia, 12 marca, wracałam ze szkoły i przechodząc przez jezdnię wpadłam pod samochód. W tej chwili już nie ważne, czyja była wina, moja, bo się zagapiłam czy kierowcy, który nie zastosował się do przepisów.
Wylądowałam w najbliższym szpitalu z siedemnastoma złamaniami i wstrząśnieniem mózgu. Natomiast nieszczęście w tym szczęściu takie, że trafiłam do lekarza, który dyplom sobie chyba kupił, bo na pewno na niego nie zapracował (i wybaczcie, nie zamierzam za to stwierdzenie nikogo przepraszać). Ów lekarz poskładał mnie tak, że lewa ręka zaczęła się krzywo zrastać w nadgarstku, prawa ręka ze złamaniem całkowitym z przesunięciem kości miała założony gips do wysokości złamania, a lewą nogę z potrójnym wieloodłamkowym złamaniem, zamiast na wyciąg, włożył w gips. Skutek był taki, że noga spuchła, wdała się gangrena, i ….
Po dwóch tygodniach pobytu w tym szpitalu, przetransportowano mnie do szpitala wojewódzkiego, gdzie trafiłam pod opiekę najwspanialszego ordynatora ortopedii, jaki mógł się wtedy trafić. Źle zrastającą się rękę złamano i złożono ponownie, drugą rękę również poskładano i zabezpieczono odpowiednio i zgodnie ze sztuką lekarską. Natomiast, żeby ratować lewą nogę, zdjęto mi skórę z prawego uda i zrobiono przeszczep. Jednak lekarze ostrzegali, że jeżeli się przeszczep nie przyjmie to grozi mi… amputacja…
Amputacja??!! Jak można powiedzieć dziewięcioletniemu dziecku, że utnie się mu nogę??? Trzy dni, trzy najdłuższe w moim dzieciństwie dni, trwało zanim lekarze orzekli, że przeszczep się przyjął i amputacja nie będzie konieczna. Gdybym nie była zagipsowana od szyi po pięty, to z radości skakałabym pod sufit. Noga niestety nie była już sprawna, ani zdrowa, bo była zabliźniona i sparaliżowana od kolana w dół, ale moja.
Nikt jednak nie przewidział skutków długofalowych. Noga oczywiście od czasu do czasu dawała o sobie znać, a to bolała, a to spuchła lub była mocno i intensywnie zaczerwieniona, lekarze zrzucali to na karb tego, że jest jaka jest po wypadku, więc ja też niczego więcej się nie doszukiwałam. W ten błogi i nieświadomy sposób minęło 25 lat… Po czym wydarzenia z 1987 roku znów dały o sobie znać. Nie będę zagłębiać się w szczegóły…
Summa sumarum – po wielu, niekoniecznie sympatycznych przejściach – zdiagnozowano u mnie ostre zapalenie kości, spowodowane gronkowcem złocistym. Wszystko też znalazło się na odpowiednim miejscu, wszelkie dotychczasowe objawy, których nie można było powiązać z niczym innym, oraz inne dolegliwości, niekoniecznie związane z nogą. Po dość długim leczeniu farmakologicznym trafiłam do szpitala, gdzie znowu usłyszałam, że grozi mi… Amputacja…
Amputacja??!! Znowu??? No dobra, jestem dorosła, jeżeli to ma mi pomóc, to trzeba tę sprawę przemyśleć…
Praktycznie do ostatniej chwili – czyli mniej więcej tydzień przed pójściem do szpitala – nikt nie wiedział o tym jaką decyzję podjęliśmy z mężem. Jedynie moja siostra wiedziała od samego początku. I odpowiednio wcześnie poinformowałam swojego szefa o zaistniałej sytuacji i o tym, że na jakiś czas będzie trzeba znaleźć zastępstwo, bo niestety nie wiem ile mi zajmie powrót do zdrowia.
4 listopada 2014 roku stawiłam się w szpitalu. Większość ludzi ogromnie się dziwiła, że zdecydowałam się na taki krok, jednak do wszystkich przemawiało tłumaczenie, że mając do wyboru, życie bez nogi, a z protezą versus kwatera na cmentarzu, bo kolejnego ataku mogłam nie przeżyć, to chyba wybór staje się prosty.
Operacja miała miejsce 6 listopada 2014. Nie twierdzę, że nie bolało, bo byłoby to kłamstwo grubymi nićmi szyte. Miałam za to czas na poszukanie informacji, maści wszelakiej, odnośnie amputacji i rzeczy z nią związanych. Konkluzja jest jednoznaczna – informacje szczątkowe, dwie fundacje w Polsce, które pomagają osobom po amputacjach, praktycznie zero wsparcia dla takich osób – przy około 15 tysiącach amputacji rocznie w skali kraju??!!
Straciłam nogę, ale odzyskałam zdrowie i szanse na długie życie, a przy okazji poszukiwań narodził się „PROJEKT AMPUTACJA”, początkowo jako funpage na Facebooku, w perspektywie mający rozwój w fundację, która będzie przekazywać rzetelne informacje i pomagać osobom po amputacjach i ich bliskim.
Dzięki wielu fantastycznym osobom, które spotkałam po operacji, zyskałam impuls do działania. Nawiązałam kontakty, których znalezienie samemu zajęłoby wielokrotnie więcej czasu i pewnie zniechęciło do dalszych działań. Kiedy zaczynasz działać, wszystko co Cię otacza współpracuje z Tobą, po to aby udało się osiągnąć cel.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *